Siódmego maja, spakowany w najpotrzebniejsze rzeczy i trochę ubrań, opuściłem Polskę aby podróżować i poznać trochę Świata. Mój lot do Anglii był nietypowym, aczkolwiek dość przyjemnym przeżyciem, ponieważ nigdy wcześniej nie latałem samolotem. Po lądowaniu, z Lotniska w Liverpool udałem s
ię pociągiem do Blackpool gdzie zamieszkałem ze znajomymi z Poznania. Dość szybko uporałem się ze znalezieniem sobie pracy i życie za granicą z każdym dniem stawało się przyjemniejsze. W czerwcu wybrałem się na wycieczkę do niesamowicie czarującego i klimatycznego miasta w Szkocji, jakim bez wątpliwości jest Edynburg. W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że polecam wybrać się tam pociągiem. Z Blackpool zajęło mi to jakieś trzy i pół godziny, ale te widoki – bezcenne. Za wszystko inne zapłacisz kartą 'Visa Debit' ;). Odbywało się tam dość liczne zgromadzenie Couch Surferów. Były szkockie tańce, szkockie piwo, zwiedzanie miasta, impreza pod gołym s
zkockim niebem i oczywiście włóczenie się całą watahą po edynburskich pubach do białego rana. Nie ma takiego słowa, które zawierałoby wystarczający ładunek emocji aby oddać moje teraźniejsze odczucia a propos tamtych doświadczeń teraz, a co dopiero dzień, tydzień po. Nie miałem takiej frajdy odkąd byłem dzieckiem – zwykłem mówić znajomym. Przy okazji poznałem tam wiele niesamowitych osób.
Zaraz po powrocie zabookowałem bilet lotniczy do Belfastu w Północnej Irlandii, korzystając z zaproszenia jednego z uczestników 'Edinburgh Rocks!'. Tydzień później zaczęły się kataklizmy. Najpierw skradziono mi rower, a w kolejnym tygodniu wywalili mnie z roboty. Korzystając z
gościnności Massimo (także uczestnik tegorocznego 'ER!'), na trzy dni przed odlotem zatrzymałem się w Liverpool (gdzie poznałem wspomniane wcześniej trzy 'Francuskie Fasolki').Do Belfastu przyleciałem osiemnastego lipca. Ostatnie pieniądze wydałem na mapę Irlandii i autobus z Lotniska do Centrum. Nie miałem zbytnio czasu na zwiedzanie, ponieważ w Dublinie oczekiwali mnie już Woniu, Sali i Dodzia. Z braku funduszy autostop stał się jedynym rozwiązaniem i nie będę ukrywał, że jako zaprawionemu w boju autostopowiczowi bardzo mi się to spodobało. Nie tracąc czasu wskoczyłem na chwile do punktu informacyjnego po mapę miasta i wybrałem się w trzygodzinną wędrówkę do najbliższej drogi szybkiego ruchu. Nie byle wyczyn z trzydziestoma kilogramami bagażu na plecach przy przelotnym deszczu.
Poszło całkiem gładko. Do Newry (wciąż w Pn Irlandii) udało mi się dojechać 'na trzy razy'. Ostatnia osoba, która wysadziła mnie na stacji benzynowej przy drodze na Dublin dała mi nawet kilka (jeszcze) fun
Czego nauczyła mnie Irlandia? Dobre pytanie! Przede wszystkim – nie wybierać się nigdy nigdzie w ciemno bez choćby odrobiny zaplecza finansowego. Nie można zawsze polegać na szczęściu, które czasami lubi nas olać z góry ciepłym moczem prostonatwarz w otwarte usta. Nie wypada ponadto obarczać swoim ciężarem innych. Dostałem kopa w tyłek – nauka wyciągnięta, kolejne doświadczenie zdobyte! Rzecz oczywista – dobrze jest mieć przyjaciół, na których można polegać, ale inna sprawa to to, że stare znajomości (nie mam w zamiarze nikogo tymi słowami urazić) pozostają starymi znajomościami i nie ważne jak bardzo ktoś się zmieni, to w starym towarzystwie będzie tak samo postrzegany. Zresztą, walić to – uwielbiam Was za to jacy jesteście i niezmiernie szanuje za to, że okazaliście mi pomoc w trudnych dla mnie chwilach wynikających często z mojej własnej głupoty i chwilowych nieporadności. Woniu, Sali, Dorota, Denzi, Martyna – Dziękuję! Dziękuję za trudny, acz przyjemnie spędzony czas w Irlandii. Przyjemny, dzięki Wam. :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz